Nagłówek strony

Klub Jazzowy RURA – Centrum Świata

Idź do treści

Tak, to było dla nas, wrocławskich muzyków jazzowych Centrum Świata. Wówczas, na przełomie siódmej i ósmej dekady ubiegłego stulecia, środek, pępek ówczesnego naszego świata. W Warszawie był festiwal Jazz Jamboree, we Wrocławiu Jazz nad Odrą. Początkowo wielkie festiwale obsługiwane były przez środowisko studenckie i jego kluby. Jednak pierwszym naszym klubem jazzowym z prawdziwego zdarzenia był wrocławski klub RURA.

Tak, to było dla nas, wrocławskich muzyków jazzowych Centrum Świata. Wówczas, na przełomie siódmej i ósmej dekady ubiegłego stulecia, środek, pępek ówczesnego naszego świata. W Warszawie był festiwal Jazz Jamboree, we Wrocławiu Jazz nad Odrą. Początkowo wielkie festiwale obsługiwane były przez środowisko studenckie i jego kluby. Jednak pierwszym naszym klubem jazzowym z prawdziwego zdarzenia był wrocławski klub RURA. Magnesem była przede wszystkim przepiękna muzyka. Tu każdego wieczora przez cały rok odbywały się koncerty, a w ciągu dnia spotkania wrocławskiej cyganerii artystycznej. Plastycy, aktorzy, humaniści, poeci, muzycy, wszelkiej maści żółtodzioby-buntownicy. Wszyscy fascynaci jazzu, najbardziej słodkiego ze wszystkich innych słodkości kanonu artystycznej kreacji. Jazz przybył do nas z za Oceanu, z daleka, z Wolnego Świata i sam w sobie był dla wszystkich synonimem właśnie tej wolności. Niemal jedynym dostępnym źródłem kontaktu z tą sztuką było Radio. Płyty, wówczas tylko czarne, były piekielnie drogie, a festiwale niczym monsunowy deszcz nawadniały nagle ale tylko raz w roku. Wówczas nie były dostępne żadne materiały nutowe czy szkoleniowe. Tylko nieliczni coś mieli w skali całego kraju. Zatem ci, co grali jazz, byli w środowisku podziwiani, szanowani. Było powszechnie wiadome, że to obdarowana przez niebiosa elita, która dzięki szczególnemu talentowi, sprytowi, uporowi, swoistej miłości, posiadła umiejętności i dar posługiwania się właśnie tym muzycznym kanonem wykonawczym. Na dodatek jazz, to muzyka zespołowa, grupowa, co oddziaływało w tym wypadku niemal metafizycznie. A kto za młodu nie chce przynależeć do jakiejś grupy, a co dopiero do takiej grupy.

RURA nigdy nie była pusta. Bar był zielony. Pierwsi ajenci oprócz napoi i napitków takich jak herbata, kawa, sok jabłkowy, piwo (było wówczas rarytasem), wino, wódka, wódka z sokiem dodoni, wermut, serwowali zapiekanki z makaronem oraz zapiekanki z kukurydzy z masłem, co również było wówczas kolejnym rarytasem i to nie tylko we Wrocławiu. Klub był na powierzchni, a nie w piwnicy. Miał okna z dziennym światłem, co było ważne gdyż nie zatracało się tam całkowicie czasu, nie mieszał się dzień z nocą. Stoliki były okrągłe, była amfiteatralna galeria. Była najinteligentniejsza „babcia klozetowa” w mieście, włączała się nierzadko w filozoficzne dyskusje o sztuce, prawie wszystkich znała po imieniu, łagodziła konflikty po męsku, pożyczała pieniądze. Był swoisty, bo niepisany porządek. Starzy bywalcy mieli swoje stoliki. Najczęściej rozmawiało się o tym, co kto ostatnio słyszał, jakie ma nowe nagrania z radia, zdobyte gdzieś (najczęściej ręcznie przepisane) nuty z akordami, kto ma jaki instrument i skąd. Wówczas na przykład wiedziało się kto miał pierwszy piano Fendera w Polsce, we Wrocławiu, kto ma gitarę Fendera, Jazz Bass, wzmacniacz Marshalla, perkusję Ludwiga, a kto gra na rodzimych albo NRDowskich instrumentach. Do muzyków raczej nie dosiadali się technicy bo nie mieliby o czym rozmawiać. 

Bywali muzycy zagraniczni i amerykańscy, szczególnie przy okazji festiwali Jazz Nad Odrą i Wrocławskich Zaduszek Jazzowych. Byliśmy absolutnie przekonani, że jak tylko będzie okazja to przyjedzie do nas Miles Davis, a gdy w klubie pojawił się fortepian, to i Herbie Hancock, a wówczas i my tam za ocean pojedziemy być może na wymianę. Nasze marzenia i naiwność były bezgraniczne. Jednak wszyscy, to znaczy szczególnie wrocławskie zespoły, które bywały za granicą koncertując, czy to na zachodzie, wschodzie, północy czy południu Europy, wracały do domu ze świeżym doświadczeniem, świeżymi opowieściami ze świata dokładali cegiełki do rurowej atmosfery, będąc jednocześnie dumnym z naszej Rury, bo z nią żadne inne miejsce nie wytrzymywało porównania. 

Mówiło się, nawet w gazetach pojawiło się w pewnym momencie określenie dotyczące wrocławskiego środowiska jazzowego, że jest to „środowisko na wynos”. Bo wywodzili się stąd laureaci czołowych nagród krajowych i zagranicznych konkursów. Były to i zespoły jak i indywidualni muzycy. Podobnie zresztą było i z aktorami i plastykami, fotografikami i innymi, niejazzowymi muzykami. Jednak nie wyrosła z nas „gwiazda” o ponadregionalnym zasięgu. I owszem wrocławscy muzycy jazzowi z ery klubu RURA grali z najlepszymi w Polsce, nagrywali z nimi płyty, nagrywali płyty własne, RURA była znana, podziwiana, żyła przy Łaziennej 4 i żyła w opowieściach daleko poza Wrocławiem. 

Łazienna 4 zniknęła wiele lat temu. Okazuje się jednak, że RURA nie zniknęła. Jest wspominana przez tych, którzy ją jeszcze pamiętają, jak również przez tych, którzy znają tylko opowieści o niej. Wielu z nas gdyby nie RURA, być może pozostaliby za granicą. Szczególnie w latach 80-tych były możliwości pracy i pozostania gdzieś daleko. Wielu jednak nie wyobrażało sobie tego, nie było w stanie sobie tego wyobrazić.

To nie jest historia RURY. Celowo nie przywołuję żadnych nazwisk ani nazw. To przedstawienie tylko jednego, subiektywnego aspektu dotyczącego fenomenu RURY, przy okazji  planowanego jednego koncertu w ramach festiwalu „Bass & Beat” z leitmotivem – Wrocławski Klub Jazzowy RURA. 

 

Jerzy „wilk” Kaczmarek  

Back to top
QR code for print with page url